Orka na ugorze!

Zapraszamy do dyskusji
Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 134
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » ndz lis 03, 2019 9:51 pm

Lekarz okazał się Polką z urodzenia i pochodzenia. Wykształcenie również było polskie. To było fajne, bo nie groziły mi na drugi dzień zakwasy od zbytniego gestykulowania. Opowiedziałem pani, co mnie niepokoi w sposobie poruszania się fryza. Pani wysłuchała wszystkiego uważnie, obejrzała konia w ruchu, obmacała podejrzaną kończynę, powyginała na wszystkie strony i stwierdziła, że musi sprawdzić, czy nie ma przypadkiem krwi w płynie stawowym.
Każda czynność wykonywana przy użyciu rąk wymaga ich sprawności. Umiejętności posługiwania się kończynami, w tym rękoma, można ćwiczyć. W wielu dziedzinach życia jest to niezbędne, ba! konieczne nawet. Mówi się, że ktoś ma „dobrą rękę” do czegoś. Dobra, lekka ,czuła ręka u jeźdźca to jeden z warunków komunikacji z koniem. Oczywiście mam tu na myśli taki sposób porozumiewania się, który satysfakcjonuje obie strony. Sprawna ręka u chirurga, rzemieślnika, malarza, rzeźbiarza, czy wirtuoza gry na kotłach, (Ja wiem, że opowiadanie starych dowcipów grozi śmiercią, ale te kotły pojawiły się tak niespodziewanie...muszę: po koncercie w filharmonii dyrygent otrzymał list: „To nie moja sprawa, to pana orkiestra, ale facet siedzący przy tych wielkich bębnach gra tylko wtedy, kiedy pan na niego spojrzy”. Uśmiercić kogoś za stare kawały można tylko raz, bez względu na ilość opowiedzianych, zazwyczaj wbrew woli słuchaczy-ofiar, tak więc jeszcze jeden, ale związany tematycznie, a przypomniany niedawno przez trenera Mickunasa Wojciecha, który podczas naszego niedawnego spotkania odkrył niespodziewanie, że jego uczeń nie ma już lat naście, tylko prawie sześć dych na karku. Dowcip: Na ulicy wielkiego miasta nerwowo przemieszcza się jakiś osobnik, rozgląda się, czegoś szuka zapewne, ale chwilowo nie wie gdzie jest, być może musi gdzieś dotrzeć na określoną godzinę. Zaczepia przypadkowego przechodnia: Przepraszam bardzo, jak mogę się dostać do filharmonii?” „ Proszę pana! Ćwiczyć! Ćwiczyć! Ćwiczyć!”), gwarantuje wykonanie dobrej roboty. Oczywiście niektórzy posiadacze rąk mają łatwiej, bo otrzymali już na starcie, większe od innych, zdolności manualne.
Pani wet szczególnych zdolności manualnych, od natury, nie otrzymała. Prawdopodobnie nie miała zbyt wiele czasu i możliwości na ćwiczenie umiejętności posługiwania się, w tym przypadku igłą. Podczas prób pobrania przez panią płynu stawowego byłem momentami rozdarty. Nie mogłem się zdecydować kogo bardziej mi żal, pani, czy fryza. Wkłuć było kilkanaście, parę zmienionych igieł, w tym jedna zgięta. Miejsce wielokrotnych nakłuć pokryte było warstewką krwi sączącej się z uszkodzonych małych naczyń krwionośnych. Jak coś się udało zaciągnąć do strzykawki, to było to czerwone i pani sprawdzała między palcami, czy jest gęste i lepkie. Miałem nawet wrażenie, że pani rozcierając tak tą próbkę próbuje wyczuć czy ta krew tam była wcześniej, czy to z zewnątrz stawu. Jedna krwawa, wymęczona próbka została zabrana w celu wykonania analizy. Pani wet pobąkała coś o wynikach, które niebawem uzyska i powróci z nimi oraz urządzeniem do robienia zdjęć rtg.
Właścicielka fryza była już bardzo niespokojna i wszelkie według niej dziwne zachowania konia tłumaczyła gwałtownie postępującą tajemniczą chorobą. Zachowania były takie same jak wcześniej, tzn. koń ignorował panią zupełnie. Zatrzymywał się gdzie i na jak długo chciał. Wyprowadzanie z boksu czasami trwało długo, albo wprowadzanie, albo droga z boksu w pobliże siodlarni. Pani strasznie dużo wtedy gadała, co oczywiście na pupilu nie robiło żadnego wrażenia. Parę razy pokazałem, jak poprosić zwierza o zwiększoną uwagę, co skutkowało natychmiast przypływem chęci do współpracy. Nagle właścicielka, która wcześniej nie za bardzo rozróżniała, czy koń stoi czy już się porusza, stała się specjalistką w dziedzinie behawioryzmu, psychologii i biomechaniki. Ona widziała, że koń coraz bardziej cierpi, że ból staje się nie do zniesienia, że rozwija się w końskiej głowie ciężka depresja z myślami samobójczymi włącznie. Tylko, cholera, jak go wyprowadzałem na pastwisko, to nagle problemy i ból znikały, darł pełnym galopem przez całe pastwisko tam i z powrotem, brykał, tarzał się i parskał z zadowolenia.
Pani wet po kilku dniach dotarła ze zdjęciami rentgenowskimi. Diagnoza była taka, że na kości śródstopia, pod stawem skokowym są jakieś odszczepienia, rozwarstwienia czy coś takiego, sam staw był w porządku. Podobno u fryzów takie coś zdarza się częściej, niż u innych koni. Nie padło żadne rozwiązanie ostateczne, żaden wyrok: koń do uśpienia. Leczenie tak, być może operacja. Wyrok wydała właścicielka. Zapewne nie tego dnia, ale w ciągu kilku dni. Pojechała jeszcze do jakiejś kliniki, żeby się upewnić, że podejmuje słuszną decyzję. Gdybym nie znał konia i jej, mógłbym uwierzyć w to co mówiła po powrocie. Z tego co tłumaczyła to cud jakiś, że ta noga trzymała się jeszcze, bo powinna już dawno odpaść, a koń zginąć w męczarniach.
Fryz nie wrócił. Pani postanowiła ulżyć cierpieniu „ukochanego” konia. Żeby śmierć nie poszła na marne, pani za namową kogoś z kliniki postanowiła uśpić fryza tak, żeby można było wykorzystać mięso. Ten ktoś udostępnił pani również kontakt do osoby, która tak zabite konie skupuje. Mięso podobno trafiło do zoo. Właścicielka była przy tym, jak pan obsługujący, nazwijmy to pistolet, przykładał go do czoła fryza. Końcówka urządzenia musi ściśle i mocno przylegać do czaszki, inaczej w momencie strzału stalowy bolec nie zrobi z mózgu, w ułamku sekundy, miazgi. Pan odgarnął więc bujną, kruczoczarną, niedawno jeszcze powiewającą w dumnym galopie, grzywę. W tym momencie, według relacji pani, fryz spojrzał na nią z wyrzutem, że jak to jakiś obcy facet dotyka jego grzywy. Strzał, ciemność, sygnał ciągły, cisza.
Cdn.

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 134
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » ndz mar 22, 2020 10:19 pm

Opowieść wigilijna (trochę spóźniona, ale przecież już niedługo Wielkanoc)

Leniwe, ale już pracowicie ciepłe, wiosenne słońce, prowokowało do tego, żeby się w nim zanurzyć w celu bezwstydnego nicnierobienia. No to się zanurzyłem. Siedziałem „na przyzbie" przy ścianie stajni i wyskrobywałem, nożykiem do tapet, miniaturowe zwierzaki, przeważnie koniki, ale był tam również zając, uwieczniony przez artystę (czyli mnie hahaha !) w pięknym zajęczym baskilu nad okserem o wymiarach w przybliżeniu 5 na 5 mm. Wszystko małe, bo na jajku nie ma zbyt dużo miejsca. Jajko miało piękny, niepowtarzalny kolor. Kolor jajka ugotowanego w łupinach cebuli. Wielkanoc to była, więc zamienianie czegoś co z kurzej dupy wypadło w dzieło sztuki (oczywiście w subiektywnym odczuciu autora dzieła) było uzasadnione kulturowo, zwyczajowo i poprawne politycznie. Jajko zostało zniesione przez austriacką kurę. Austriacką, bo miało to miejsce w Austrii, jakiś czas przed tym, jak wylądowałem na Baltrum. Trafiłem tu za pośrednictwem niejakiego pana G. z Poznania, który oczywiście, za pośrednictwo i udostępnienie kontaktu spodziewał się stosownej zapłaty, na spodziewaniu się skończyło bo, jak się okazało na miejscu, rzeczywistość rozminęła się znacznie z moimi oczekiwaniami i zapewnieniami pana G. odnośnie charakteru pracy. To, że moim głównym zajęciem nie będzie jeżdżenie, bardzo szybko uświadomiło mi dwóch Słowaków, którzy przywitali mnie pierwszego dnia swojskim Ahoj !. Popatrzyli, jak jestem ubrany i ten starszy, który pracował tu już kilka lat, spytał czy chcę dzisiaj jeździć, na co ja, że po to tu przyjechałem, na co oni parsknęli śmiechem. „No i czego rżycie durne pepiki?!!” pomyślałem, bo przecież ja tu przyjechałem jako bereiter pracować. Parę miesięcy później to ja rżałem wespół z pepikami, kiedy do siodlarni wszedł wystrojony w ciuchy do jazdy, z kaskiem pod pachą i „elaganckim” bacikiem w ręce kolejny „ bereiter“.
Stajnia w której spędziłem również wigilię leży prawie w połowie pomiędzy Wiedniem i Bratysławą. Świąt Bożego Narodzenia nie pamiętam, czarna dziura, nic. Tak jakbym te parę dni wyparł, wymazał z pamięci. Bo i co tu pamiętać. Samotne święta, spędzone w magazynku na derki (na szczęście wyprane) tak małym, że po rozłożeniu łóżka polowego pozostawało niewiele wolnej podłogi. „ Móóój, jest ten kawałek podłogi ”.Ale miałem za to swój natrysk. Do magazynku należały jeszcze dwa małe „pomieszczonka". W jednym szafa, a w drugim jakieś resztki ogłowi, skórzane części nie wiadomo od czego iiiii ?.... dwa wiadra wędzideł. W zasadzie dwa i pół, bo część zbioru wisiała na ścianie. Do tego jeszcze wędzidła i patenty, które były używane na bieżąco i wisiały w siodlarni, wpięte w wysokogatunkowe, wypielęgnowane (no ba! ja też je czyściłem) trandzelki . Zrobiło mi się swojsko, bo słyszałem, że jeden nasz rodzimy miszczu oprócz wiaderka (ale takiego małego, z zestawu „Mały plażowicz”) złotych i innych medali ma dwa, a może już teraz nawet trzy wiadra, różnego rodzaju wędzideł i urządzeń służących do „lepszej komunikacji z koniem”. Czyli coś panów tzn. mojego szefa i niestety naszego, niestety miszcza, łączyło . Wypaczona zasada traktująca o tym, że nieważne co w pysku, ważne kto trzyma wodze. Genialny, superutalentowany jeździec zawsze ma pewność, że on robi wszystko dobrze. Jeżeli coś nie gra, to oczywiście z koniem jest coś nie tak, a zwłaszcza z jego pyskiem. Ten mój szef, niejaki Rudi miał taką kobyłę z którą coś było nie tak. Kiedy podczas jednej jazdy, trzeci raz zmieniał wędzidło, mimo, że bardzo się starałem, żeby nie, to w końcu nasze spojrzenia skrzyżowały się. Na szczęście wszystko co pan wyczytał w moich oczach, to dwa wielkie znaki zapytania. Pewnie dlatego, że miał potrzebę wytłumaczenia tego żałosnego przedstawienia w którym, według niego, grał główną rolę próbując rozwiązać problemy konia. Dla mnie koń był ważniejszy i gdyby Rudi dostrzegł co faktycznie myślę, wyrzuciłby mnie z roboty na zbity pysk. „ Sie hat Probleme mit Maul”, powiedział za to, czyli „Ona ma problemy z pyskiem”. Wygłaszając tą, jak się okazało kultową kwestię, która od tego momentu stała się znakiem rozpoznawczym Rudiego i używana była do bólu, do granicy dobrego smaku, bez litości, bez śladu empatii w różnych sytuacjach niekoniecznie związanych z autorem, miał minę, jakby odkrył coś niesamowitego, jakąś nieprawidłowość. Jakby w
Matriksie coś się wykrzaczyło i przestało pasować do fikcyjnej rzeczywistości i on Rudi, samozwańczy Wybraniec, postanowił to naprawić, a, że nie był informatykiem, programistą (czytaj: kimś kto ma pojęcie, jak koń działa, doświadczenie i umiejętności ) postanowił użyć narzędzi zgromadzonych latami w kilku wiadrach. O wybrańcach pisałem. O zestawieniu koń-komputer wspominałem tylko, no to teraz.
Dawno, dawno temu do komunikowania się z koniem tzn. z komputerem służył system operacyjny DOS. Wystarczyło poprawnie wpisać odpowiednie polecenie i delikatnie kliknąć enter w celu zatwierdzenia. Ważne jest słowo „poprawnie”, czyli w języku zrozumiałym dla komputera. Jeżeli wkradł się błąd, nic nie dawało powtórne wciśnięcie enter, ani pukanie, ani stukanie czy w końcu napierdalanie w ten jebany, za przeproszeniem klawisz.
Cdn.

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 134
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » ndz maja 17, 2020 7:58 pm

Pan mówiąc „Sie hat Probleme mit Maul” wykonywał dłonią wolne okrężne ruchy w okolicach ust, czyli pyska w sensie. Patrzyłem uważnie na tę prezentację jednocześnie walcząc z narastającym wewnętrznym chichotem, mogącym lada moment przerodzić się w tzw. głupawkę, zupełnie nie do opanowania. Powodem możliwości wybuchu niepohamowanego ataku śmiechu był młodociany pepik, czyli Słowak. W czasie, gdy Rudi pokazywał gdzie kobyła ma problemy, chlapec, stojąc tak, że był widziany tylko przeze mnie, z kamienną twarzą (bo problem był poważny) wykonywał takie same ruchy, jak mój pryncypał, po czym wskazał na szefa i zaczął kręcić kółka w okolicach czoła. Krótki zrozumiały przekaz: to nie kobyła z pyskiem, to stary ma coś z deklem. Nie wytrzymałem i krótko spojrzałem w jego kierunku. Rudi odwrócił się i zobaczył pracownika pieczołowicie poprawiającego fryzurę. Nie skumał o co kaman i kontynuował zmianę kiełzna. Był urobiony po pachy, bo podczas tej jazdy jeszcze dwa razy zmieniał to co wciskał koniowi do pyska, czyli w sumie pięć razy. Zaczął od zwykłego, oliwkowego, podwójnie łamanego wędzidła, potem było skórzane, następnie mikmar (to jest dopiero wynalazek!), hakamore i na koniec wędzidło rolkowe tyle, że zmodyfikowane przez jednego z austriackich czempionów, niejakiego AMB. „Ulepszenie” polegało na zespawaniu ruchomych części tak, że powstała karbowana sztaba, tylko pierścienie się ruszały.
Wpisywanie do komputera błędnych poleceń nie zrobi na nim żadnego wrażenia, tłucznie klawiatury, zagryzienie myszki, porąbanie biurka, nic nie pomoże. Bezduszny komputer nie zrobi czegoś, czego nie rozumie, nie ma w programie.
Naciskany, przymuszany, nie będzie próbował uciec do drugiego pokoju ciągnąc za sobą monitor, klawisze i nas, (bo zaplątaliśmy się w przewody), żeby schować się pod szafę, nie podskoczy na stoliku, klawiatura nie stanie na kablu od zasilania, ani nie będzie robiła uników kiedy stoczterdziestydrugi raz wklepujemy coś bez sensu i siłowo chcemy wyegzekwować np. otwarcie ulubionej gry. Koń również nie zrobi czegoś, czego nie ma w programie, a każdy koń ma w programie: „Uciekać, a później się zobaczy”.
Rudi niestety próbował, przy użyciu sprzętu wszelakiego, uruchomić grę pt.:„Ja superjeździec” i nie było to tylko coraz bardziej niecierpliwe postukiwanie w ten (wiecie jaki) klawisz. To była masakra jakaś. Głupia, prymitywna, bezsensowna przemoc. Obojętnie co koń miał w pysku, on majzlował, ciągał, piłował, robił przepierkę, doił kozę, czy co tam jeszcze, maltretował pysk zwierzaka żeby usunąć problem, który podobno się tam znajdował. Czarna wodza często wspomagała te żałosne próby osiągnięcia czegoś bliżej nieokreślonego, bo odnosiłem wrażenie, że ten austriacki pajac nie do końca wie do czego dąży. Mimo różnorodności używanych patentów z kreatywnością było kiepsko, bo np. nigdy nie widziałem, żeby założył „czarną” do hakamore, albo wypinacze, czambon, gogue, lateksowe stringi w kolorze różowym, podogonie i ostrogi na łokcie naraz. W naprawianiu „popsutego pyska" pomagali również lekarze ostrzykując, przy pomocy półmetrowych igieł i jakiegoś cudownego płynu o właściwościach wody z Lourdes, albo przynajmniej z Lichenia, grzbiet boguduchawinnej kobyły, albo osteopaci, chiropraktycy i były dżokej, o którym już chyba wspominałem, który napierdalał z zaskoczenia zdumione konie gumowym młotkiem po kręgosłupie. Nie było tylko szamana okadzającego „chorą” dymem z palonej suszonej kupy wielkiego wodza Wędrujący z Nerkami, czy też Babki Zielarki z podwiedeńskich mokradeł, o której krążą legendy, zwłaszcza jeśli chodzi o zadawanie i odczynianie uroków. Niestety żadne źródła nie podają, czy pomagała na głupotę. Po każdym zabiegu, sesji, czy przedstawieniu, kobyła miała wolne dwa, trzy dni, po czym przez kilka kolejnych dni lonżował ją, na wypinaczach oczywiście, jugosłowiański kowal, a następnie dopadał ją Rudi z nastawieniem, że tym razem problemy z pyskiem znikną bezpowrotnie. No i znowu dupa! Znowu okrężny ruch w okolicy ust, że „Probleme mit Maul”, znowu ja z którymś z pepików kółko na czole, że „probleme” ale, że on i że z głową. Do następnej rzezi...
Cdn.

ODPOWIEDZ