Orka na ugorze!

Zapraszamy do dyskusji
Awatar użytkownika
Magda Pawlowicz
Posty: 916
Rejestracja: ndz sty 04, 2009 6:02 pm

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Magda Pawlowicz » czw mar 21, 2013 1:06 pm

To mi przypomina sytuację jaką ja miałam!
Jadę parą koni okutych na ostro (też na widię o ile dobrze pamiętam) brukowaną uliczką w zabudowie zwartej-hałas wręcz ogłuszający! KOnie lekkie (no, na pewno w porównaniu z Twoimi:-) więc idą konkretnym kłusem a tu mi baba włazi pod konie!. Dopiero soczysta k.... podziałała i mało jej obcasy pomiędzy brukowcami nie zostały :lol:

PS Znajomy, który z nami jechał, podsumował: "fany masz klakson!" :D

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 136
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » pn mar 25, 2013 3:09 pm

Bo my wozacy to tak lubimy sobie czasem rzucić czymś soczystym. Nie tylko my. Ale musi być kulturalnie. Znajomy prowadził kiedyś dom kultury w miejscowości typu Pcim Dolny. Pani z gazety w stylu „Głos Poranny Puszczykowa” czy też „Swornegacie News” zapytała go kiedyś na czym polega działalność tego typu placówki. „ No...jaa , tu kur... robie te kulture” :wink:

Awatar użytkownika
Katarzyna Suchecka
Posty: 176
Rejestracja: wt gru 08, 2009 6:36 pm
Lokalizacja: leszno/londyn
Kontakt:

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Katarzyna Suchecka » wt kwie 16, 2013 8:08 am

Cóż się stało z ciągiem dalszym?
....ogromny wilk, jedno z trójki dzieci, jakie Loki miał z olbrzymką Angerbodą.

Fenrir-wilk zerwie łańcuchy i połknie słońce.
http://www.suchecka.com
https://www.facebook.com/KatarzynaSucheckaPhotography

Awatar użytkownika
Wojciech Mickunas
Administrator
Posty: 1147
Rejestracja: czw paź 04, 2007 10:44 am
Lokalizacja: Baczyna
Kontakt:

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Wojciech Mickunas » wt kwie 16, 2013 10:59 am

No właśnie :( Gdzie jest Jacek :?: gdzie ciąg dalszy :?: czekamy :!:
Nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie, zamiast próbować zapanować nad kilkudziesięcioma dekagramami końskiego mózgu, koncentrują się wyłącznie na tym, żeby okiełznać 500kg jego mięsni!

Awatar użytkownika
Krystyna Kukawska
Administrator
Posty: 578
Rejestracja: czw lut 07, 2008 11:03 pm
Lokalizacja: woj.wielkopolskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Krystyna Kukawska » wt kwie 16, 2013 9:59 pm

Jacek się zaorał :wink:

Kam
Posty: 22
Rejestracja: ndz kwie 12, 2009 4:56 pm

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Kam » śr kwie 17, 2013 7:03 am

Albo ciąg dalszy całej historii właśnie się rozgrywa :)

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 136
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » czw kwie 18, 2013 8:00 am

Witam forumowiczów po przydługiej przerwie świątecznej ;) Się biorę do pisania już ja. Ciąg dalszy już wkrótce :D

Awatar użytkownika
Karolia
Posty: 60
Rejestracja: sob lut 09, 2013 10:29 pm
Lokalizacja: Jelenia Góra/Szczepanów

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Karolia » czw kwie 25, 2013 1:07 pm

Bardzo się cieszę i czekam z niecierpliwością :)
"Wiem, że nic nie wiem." Coraz bardziej...

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 136
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » ndz lip 07, 2013 11:47 pm

Raz zrobiło mi się gorąco, kiedy małe niemieckie dziecko postanowiło sprawdzić, czy latawiec nie jest wadliwy. Może i był, bo nie wzleciał w przestworza, tylko rzucił się z boku pod konie, które oczywiście odskoczyły w drugą stronę, gdzie akurat maszerowała nieśpiesznie, przy pomocy balkonika, pani, która z racji wieku mogła należeć za młodu do organizacji „cośtamjugend”, a być może nosiła również jedzenie do lasu niemieckim partyzantom (ale tym dobrym… z NRD).
Odskok i zaprzęg przemaszerował pół metra od pani, znieruchomiałej nagle, jakby baterie jej się skończyły, taki zajączek Duracel. Ofiar nie było, pomknąłem więc dalej niespiesznym stępem z miną pt. „luzik, wszystko pod kontrolą”. Ha ha, teraz to się śmieję, ale wtedy w środku byłem jak galareta.
Drugi raz uczucia gorąca, w tym wypadku zwielokrotnionego przez strach, świadomość siły konia i mizerności ludzkiego ciała, doznałem, kiedy Votan strzelił zadem w moim kierunku. Pisząc to teraz musiałem na chwilę przerwać, żeby opanować drżenie rąk. Głupota, bezmyślność, zbytnia pewność siebie, brak pokory i takie tam różne. Strzał ostrzegawczy w plecy usłyszałem, na szczęście nie doszedł do celu, ale niesie echem do dzisiaj. Kolejna lekcja pokory. Nie uczłowieczajcie koni !!! Koń to koń. To tylko koń i aż koń (w tym momencie wstałem i złożyłem głęboki ukłon nie strzelając jednak obcasami, gdyż w porę uświadomiłem sobie, że jestem w klapkach). Perfekcyjnie skonstruowana maszyna do uciekania. Może uciec to spieprza, jeżeli jego końskie „rozumowanie” uzna, że ucieczka jest niemożliwa, broni się, lub czasami włącza program samozniszczenia. Nie analizuje, nie kalkuluje, reaguje. Tak w dużym uproszczeniu.
Votan strzelił zadem, bo go złapałem za ogon w celu, jak mi się wydawało, uspokojenia i odwrócenia uwagi od jednego ze strasznych miejsc. No to k... odwróciłem! „Strasznych miejsc” miał kilka. Wiadomo, wszystkie podjazdy nawet pod niewielkie wzniesienie, oraz parę takich, gdzie kiedyś musiało się wydarzyć coś niezbyt miłego. Oczywiście chwyt za ogon to nie była jakaś spontaniczna akcja pt. „Cię teraz zaskoczę”. To było już wcześniej przerabiane w boksie, na pastwisku, czy też w zbudowanym w pocie czoła, nazwę to dumnie: roundpenie. Obrazek

Obrazek

Ogon, który początkowo był nie do wzięcia i przy odrobinie wprawy można byłoby go używać, jako dziadka do orzechów, nawet kokosowych, z czasem stał się przyjazny. Mogłem go wyginać, podnosić, głaskać, liczyć kręgi, czy też, stojąc za zadem, pociągać delikatnie na tyle jednak mocno, że właściciel tegoż ogona kiwał się cały do przodu i w tył. W trakcie tych zabiegów Votan najczęściej opuszczał szyję i stał sobie po prostu. Podczas jazdy w zaprzęgu oprócz różnych „whoa”, „uuuuuuuuu”, „łooooołłłłłł”, „doooobrrrrrryyyy kooooońńńń”, „Voooootannnn” itp. było również głaskanie po zadzie, łapanie za ogon.
Po tym „strzale” jeszcze bardziej zacząłem się wsłuchiwać w to co konie do mnie mówią. Biedny Votan krzyczał wtedy do mnie: „nie teraz stary, weź te łapy, w dupie mam Twoje głaskanie, tu jest strasznie, muszę uciekać, a kto Ty jesteś? jeden z nich, pamiętam doskonale co tu się wydarzyło, spadam stąd za wszelką cenę, sorry muszę i nic mnie nie zatrzyma!!!!”. Przeoczyłem moment, kiedy trzeba było nie robić nic, tylko być i już. Przedobrzyłem po prostu. Często nie robiąc nic więcej można osiągnąć, niż wykonując coś zbędnego, co dosyć dobitnie i obrazowo tłumaczył w jednym z wcześniejszych postów pan trener Wojciech Mickunas.
Strzał Votana wygiął metalową rurkę, którą dobrze widać na zdjęciach prezentujących ekskluzywny hamulec ręczno-nożny. Przykręciłem do niej czym predzej grubą sklejkę, skleję powiedziałbym nawet.
Wykorzystując pięciokilowy młot przeprowadziłem symulację kopnięcia zadnią nogą konia. Mimo, że zamach był spory i oprócz złamania sklejki chciałem (za jednym zamachem) wyrzucić z siebie złość na moją głupotę, strach przed ponownym kopnięciem i usunąć, częściowo chociaż, podstępnie gromadzącą się gdzieś tam w środku w człowieku „niezbyt pozytywną energię”, czyli po prostu narastające wkurwienie spowodowane między innymi orką na ugorze, TO w porównaniu z końskim kopnięciem wyszło mizernie. Wóz co prawda zatrząsł się cały i miałem wrażenie, że nawet cichutko jęknął, ale tak do końca nie byłem pocieszony.
Następnego dnia, kiedy zaprzągłem Votana siadałem na kozioł z dużą dozą nieśmiałości, bałem się po prostu, usiadłem na środku i to było wszystko co się zmieniło. Starałem się nie robić nic na zapas, nic na wyrost, nic na wszelki wypadek. Pierwszy przejazd przez to „straszne miejsce” chyba bardziej stresował mnie niż konia. Był nakręcony, ale wypuścił szybko powietrze kiedy przejechaliśmy. Zatrzymałem wóz, poszedłem go głaskać i takie tam różne mizianie. Za piątym razem udało mi się zatrzymać wóz w tym miejscu, zsiąść, wygłaskać konia wrócić na kozioł i w miarę spokojnie ruszyć. Spokojnie ruszyć w wypadku Votana na tym etapie, to było pojęcie względne.
Pewien tato zapytany przez syna o teorię względności powiedział: „Synu wyobraź sobie, że wkładasz komuś palec w (orginalna wersja zawiera inną część ciała) ucho. To kto ma wtedy palec w du... w uchu?

Cdn.

Awatar użytkownika
Wojciech Mickunas
Administrator
Posty: 1147
Rejestracja: czw paź 04, 2007 10:44 am
Lokalizacja: Baczyna
Kontakt:

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Wojciech Mickunas » pn lip 08, 2013 8:06 am

No nareszcie :) Już myślałem że się nie doczekam . :(
Jacek , Ciebie to by trzeba zamknąć na klucz , dać papier i długopis i nie wypuszczać dopóki nie napiszesz 10 przynajmniej rozdziałów ksiażki :) ( No może karmić i poić jeszcze by trzeba , ale nie wypuszczać ) :)
Nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie, zamiast próbować zapanować nad kilkudziesięcioma dekagramami końskiego mózgu, koncentrują się wyłącznie na tym, żeby okiełznać 500kg jego mięsni!

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 136
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » śr lip 10, 2013 11:14 am

Wierzgnięcie Votana spowodowało, że mi się wszystkie pudełka poprzestawiały w głowie (http://m.youtube.com/watch?v=aZBhyPiyeOs). W trakcie porządkowania wpadło mi w ręce jedno z napisem: SZACUNEK I RESPEKT. Dla mnie to nie to samo. Hierarchia w stadzie nie jest ustalana poprzez wzbudzanie szacunku.

Dzień dobry!
Dzień dobry!
Pozwoli Pan, że się przedstawię: jestem młodym ogierem i mam taki mały, no może nie taki mały, nabrzmiały problem, a pan jak widzę opiekuje się gromadką przeuroczych kobyłek. Czy nie miałby pan nic przeciwko temu, abym z jedną z nich zawarł bliższą znajomość?
Niezmiernie mi przykro, ale nie mogę Panu pomóc w tej sprawie. Z racji tego, że jestem starszy i silniejszy oraz cieszę się w tym stadzie ogólnym szacunkiem, Pana również proszę, o okazanie należnego mi szacunku i oddalenie się na odległość zapewniającą moim paniom bezstresowy popas.
Nooo w takim razie pełen szacun. Odchodzę więc.

W świecie prawdziwym młody dostałby taki wpierdziel, że następnym razem poważnie by się zastanowił nawet, gdyby chciał zapytać która jest godzina. Określenie „wzajemny szacunek i zaufanie” w wielu publikacjach przedstawia się jako bazę, podstawę dla współpracy człowieka z koniem. Uważam, że często jest nie do końca świadomie użyte, lub źle przetłumaczone w wypadku słowa szacunek. Podziwiam konie za to jakie są, szanuję ich inność ich „końskość”, staram się zrozumieć co do mnie mówią i mówić językiem dla nich zrozumiałym, ale jednocześnie odczuwam respekt przed ich siłą, szybkością i chociaż wielkość podobno nie ma znaczenia, rozmiarami i wagą. Respekt kojarzy się z siłą, przewagą. Co do wcześniej wymienionych końskich przymiotów to nawet nie ma co sięgać po ręcznik, żeby go rzucić, on już został rzucony zanim ring wybudowano. My za to mamy tajną super broń, mianowicie r o o z u u m, którego używamy z lepszym, lub gorszym skutkiem, albo nie używamy wcale (patrz wcześniejszy post). No i mamy jeszcze chwytne kończyny górne, które w razie potrzeby można przedłużyć różnymi przedmiotami, czy też marchewką (skoro było o ogierach, to jako ciekawostkę wrzucę, bo może nie każdy o tym słyszał: marchewka jest dobra na potencję, tylko trudno ją przymocować). Koń kopytem może złapać co najwyżej kamień, gwóźdź, albo grzyba.
Granica pomiędzy respektem, a szacunkiem jest cienka i płynna, można by długo się rozpisywać. Przemyślenia spowodowały znaczny rozrost wspomnianego wyżej, w tym momencie to już pudła. Żeby nie przedłużać. Spokój, opanowanie, łagodność, konsekwencja, dobrekonikowanie, ale czasami, jak trzeba stanowczość, czyli „wpi... ,w dyby i do lochu, a skazaniec musi być głodny, chudy i wystraszony”.

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 136
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » pn lip 29, 2013 5:01 pm

Oczywiście, że nie poleciałem przy najbliższej okazji do boksu Votana, żeby go przy pomocy trzonka od wideł nauczyć respektu. Siła, jaką na początku używałem w stosunku do niego (jeszcze przed opisywanym wcześniej strzałem) była głównie siłą moich nóg, bo się musiałem sporo nabiegać. Do tego dochodziła konsekwencja, która z punktu widzenia konia mogła być określana jako „upierdliwość”.
Policjant kierujący ruchem na skrzyżowaniu swoim wyglądem respektu raczej nie wzbudza. W porównaniu z przedstawicielami stada, którym zarządza, wygląda mizernie, szczególnie w zestawieniu z ciężarówką. Mały, drobny i niebieski. Mową ciała wspomaganą przywołującym do porządku, czasami karcącym dźwiękiem służbowego gwizdka, steruje tym wielkim tabunem bez najmniejszego problemu.
Kierowca, który nie przestrzega ustalonych zasad nie zostanie odgoniony od stada, żeby zdechł z głodu, albo żeby go wilki zeżarły (albo jedno i drugie). Zostanie wygwizdany, pouczony, może dostać mandat, lub w wypadku wyjatkowo „niespokojnych” kierowców trafić do pierdla za pobicie funkcjonariusza na służbie.
Votanowi mandatów za brak zrozumienia i przestrzegania zasad poruszania, które chciałem wprowadzić, nie wręczałem, bo i po co i tak by nie zapłacił. Gwizdałem na niego i owszem, kiedy był oddalony ponad sto metrów, żeby się łaskawie na mnie spojrzał, a jak spojrzał to nie robiłem nic, ale jak tylko próbował się zająć czymś innym niż bezsensownym gapieniem się na mnie, machałem kończynami, rzucałem w jego kierunku lonżą, itd. itp.
Aspiracji zostania aspirantem, czy innym policjantem nie miałem, szefem stada jak najbardziej. A kto rządzi na placu? Nie, nie ten, kto pierwszy wstaje. Ten kto kontroluje ruch innych stadowiczów. Nieważne, czy w boksie, na korytarzu, pod siodłem, w zaprzęgu, na pastwisku, na plaży, w lesie, gdziekolwiek. Obserwowałem na wyspie kucyka, takiego małego zawziętego gnoja, który gwizdka co prawda nie miał (chociaz nie wiem, bo daleko było), a jeżeli miał, to go nie używał, bo nie słyszałem, jak ustawiał według swojego widzimisię stado złożone z pięciu, w porywach do sześciu koni. Mały strasznie ważny był i zapracowany. Widok efektu jego starań był zabawny: kroczący przodem, z długą rozczochraną grzywą, sprężystym stępem, kucyk, a za nim spacyfikowane towarzystwo. Czasami prowadził bandę przed sobą, albo zezwalał na słodkie nic nierobienie, pozostając jednak w stanie gotowości bojowej, żeby w razie „w” ostrzec lub bronić stado przed przejeżdżającą furmanką, przebiegającym psem, obcym koniem zbliżającym się do ogrodzenia, czy przelatująca kaczką, albo błyskawicznie przywołać do porządku któregoś ze swoich podopiecznych, bo mu np. za blisko stopy przebywał (to z Juliana), albo spojrzał się jakoś tak głupio. „Błyskawiczne przywołanie” zawyczaj polegało na zrobieniu groźnej miny, przyjęciu postawy „ja zaraz tam do ciebie pójdę!”. Jak nie skutkowało, to było krótkie podbiegnięcie w kierunku nieusłuchanego zwierza, a gdy i to nie docierało, to następowała szarża wkurzonego jeża z rozdziawioną paszczą.
Votan gryziony przeze mnie nie był, bo obawiałem się utraty uzębienia. Z drugiej strony, gdybym je stracił mógłbym zapytany o wiedzę na temat koni mówić : „tsss, panie, na koniach to ja sssęby sssjadłem”.

Cdn.

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 136
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » pn kwie 07, 2014 9:17 pm

Ku...waaaaaa!!!!!! Pieprzona podświadomość!!! Pisałem, o utracie uzębienia, która to mogłaby oznaczać pozjadanie wszystkich rozumów w kategorii: koń i wszystko co z nim związane. No to mam, tzn. nie mam. Prawej dolnej jedynki. I to nie dlatego, że głowa usuwając zbędne rzeczy robi miejsce na kolejną porcję wiedzy (np. takiej przysłowiowej teściowej, która wie wszystko i na dodatek najlepiej, podobno w zupełności wystarczą trzy zęby: jeden do picia, drugi do jedzenia, a trzeci, żeby ją bolał). Zosiu! Ciebie to oczywiście nie dotyczy. Powód wyszczerbienia całkiem przyziemny, parodontoza się to nazywa.
Ale wracając do wątku, który zaniedbałem, nie tyle z powodu notorycznego lenistwa, co z braku czasu, często zmęczenia, mnogości wydarzeń odbierających tzw. spokój ducha, a co za tym idzie, powodujących chwilowy zanik motywacji, czy też chęci do pisania, postaram się szybko (pojęcie względne hahaha) nadrobić zaległości i opisywać, no może nie na bieżąco, ale w miarę systematycznie ;) niemiecki koński świat (ehhh...) tak, jak go widzę. A widzę sporo i to co obserwuję potwierdza tylko fakt, że głupota ludzka, dodałbym jeszcze naiwność (w sumie to siostry rodzone) nie zna granic i coraz to nowe na to przykłady bardziej mnie wkurzają, niż zadziwiają. Dziwić przestałem się już dawno. Wkurzają, że się tak delikatnie wyrażę, bo cierpią na tym konie.
Wszystkie rzeczy, które wyrabiałem z Votanem przynosiły, w moim odczuciu, pozytywne efekty. Zaczynał mnie traktować jak szefa, którego słuchanie, podążanie za nim i trzymanie się blisko, ułatwia życie. Myślę, że czuł się bezpiecznie, kiedy podchodził i czasami dotykał mnie bardzo delikatnie tym swoim wielkim, miękkim nochem. W zaprzęgu nie szarpał się już tak mocno, można go było przytrzymać nie wywołując paniki i chęci ucieczki, za to zaczął gubić rytm, chociaż to gubienie taktu było bardzo rytmiczne. Co dwa kroki kłusa podskok przodem jak w galopie, bardzo regularnie, jak taki zwichrowany metronom: takt takt tatakt, takt takt tatakt. Zdarzało się to czasami na długich odcinkach. Koń sprawiał wrażenie kulawego. Parokrotnie przechodnie zwrócili mi uwagę, że utyka, ale ja na te uwagi uwagi nie zwracałem, bo coraz częściej przychodziło cudowne ozdrowienie i można było usłyszeć coś, co w tym momencie było najpiękniejszą muzyką dla moich uszu i gdyby nie obawa, że będę posądzony o tzw. płytką uczuciowość napisałbym: wzruszało i koiło moją duszę. Rytmiczny, mocny kłus: takt, takt, takt, takt, takt, takt. Ozdrowienie następowało zawsze, kiedy z głównej drogi jeszcze przed portem skręcałem w kierunku stajni. Regularność pojawiała się również podczas długiej jazdy po prostej, kiedy uspokajałem konia głosem, gdy zaczynał kłusować bardzo wolno i już prawie przechodził do stępa, po kilku przejściach stęp kłus, stęp kłus, czasami po zakłusowaniu, do którego starałem się doprowadzić pomocami jak najbardziej subtelnymi, tak jakbym popychał lekko niewiele ważący pojazd będący już w ruchu, żeby potoczył się odrobinę szybciej. Nie zawsze się to udawało, raz na jakiś czas Votan, nie sam z siebie, bo to ja musiałem coś namajdrować, albo coś nie tak było z otoczeniem ;) zbyt gwałtownie zakłusowywał (tak bym to "dyplomatycznie" określił). Nie było to jednak takie szaleństwo, jak parę miesięcy wcześniej. Jakby chciał na wszelki wypadek uciec, ale po chwili przychodziło opamiętanie, że tak w sumie to nie ma przed czym.
Cdn.

Awatar użytkownika
Jacek Moroz
Posty: 136
Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Lokalizacja: Zachodniopomorskie

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Jacek Moroz » czw kwie 10, 2014 10:59 pm

Dalej pracowałem z Votanem z ziemi. W trakcie jednej z takich "sesji" :) zauważyłem, jak drogą wzdłuż ogrodzenia przemieszcza się niespiesznie na rowerze pan Onno U. właścicel 60% Baltrum Linie, czyli firmy zapewniającej łączność ze stałym lądem, przewożącej ludzi i wszelakie towary w obydwie strony. Minął nas, po czym wyhamował również niespiesznie, zawrócił i podjechał do ogrodzenia. Przywitał się, czy też mnię :) wszechobecnym wyspiarskim "moin" i spytał, czy mam chwilę czasu, bo on musi coś koniecznie powiedzieć. Trochę się przestraszyłem, odparłem, że noooo mam, ale nie wszystko rozumiem, zwłaszcza, jak ktoś mówi szybko. Na to on, że nie szkodzi, że on ma czas (właśnie tego się obawiałem), jak trzeba będzie to powtórzy i będzie mówił woollnoo. Czas w jego przypadku to z całą pewnością pojęcie względne. Prawdopodobnie był Onno świadkiem powstawania węgla, dla niego czas płynął inaczej, wolniej. Czasami zaglądał do portu, żeby dopilnować interesu (tak mu się zapewne wydawało) i zaczynał np. sprawdzać bilety schodzącym na ląd z promu. Ruch nagle zamierał, zamiast kilku osób idących po trapie można było zobaczyć pojedynczych szczęśliwców, którzy już otrzymali podarty bilet, uprzednio szczegółowo przestudiowany, tak jakby na każdym było napisane coś innego. Wiele osób, zwłaszcza (na parapecie) stojących na końcu kolejki miało miny zdesperowane i widać było, że jeszcze chwila a zaczną skakać do wody. Mój niepokój był zatem uzasadniony, bo już sobie wyobraziłem, jak słońce powoli zachodzi, pojawiają się pierwsze gwiazdy, zapada noc, noc trwa, długa, ciemna, i jeszcze trwa i trwa, robi się szaro, świt się różowić zaczyna, ale powoli, niespiesznie, a my we trójkę stoimy. Onno cały czas (czas hahahahaha) nawija oparty o rower pokryty poranną rosą, ja stoję i gapię się, jak żaba na pociąg (albo na piorun, do wyboru), a Votan drzemie ze spuszczoną głową. Miło się rozczarowałem, bo poszło całkiem składnie.
Cdn.

Surikiko
Posty: 8
Rejestracja: pn paź 08, 2012 8:04 am

Re: Orka na ugorze!

Post autor: Surikiko » pt kwie 11, 2014 2:15 pm

To nie fair przerywać w takim momencie opowieść:D
Kasia Bółkowska

ODPOWIEDZ